• Dominika

Złamana ręka, szpital i dół

Budzę się rano w dniu własnych urodzin i nawet mi się nie chce wstać z łóżka. Ciężki, długi i dołujący styczeń w Alpach skończył się dla mnie... złamaniem ręki. W nadgarstku, jakby to kogoś szczególnie interesowało. Tym samym czuję, że osiągnęłam najniższy punkt podróży. Serio, gdybym miała dokąd wracać, to chyba bym wróciła...


Nie bardzo mam, więc muszę się nieco przeorganizować i zmienić plany na najbliższą przyszłość. Spróbuję, mimo wszystko jechać na parę dni do Rzymu, jak planowałam, bo mam już zabukowane noclegi i kupione bilety, a potem dobrze by chyba było znaleźć jakieś bezpieczne i tanie miejsce, gdzie można w spokoju lizać rany. Bo za bardzo się w tym stanie do pracy nie nadaję.


Zanim coś w tym temacie wymóżdżę, opowiem wam może, jak to było z tą ręką. Otóż wracałam ze spaceru z Neskim i Luną i pod samymi drzwiami domu potknęłam się i spadłam z kilku stopni – na tyle niefortunnie, że natychmiast się zorientowałam, że złamałam rękę. Ból przeszył mnie od palców po łopatkę. Możliwe nawet, że na chwilę straciłam przytomność, ale nie mam jasności w tej kwestii, bo jedyni świadkowie zdarzenia nie mówią w ludzkim języku. Poza tym Luna i tak uciekła z podkulonym ogonem (phi! a mówią, że najlepszy przyjaciel człowieka...). Neski za to ofiarnie rzucił się lizać mnie po twarzy. Nie pomogło, ale doceniam gest.


W szpitalu okazało się, że złamanie jest na tyle skomplikowane, że potrzebuję zabiegu, takiego z wkładaniem blaszki i śrubki w nadgarstek. Pewnie zrobiłoby mi się słabo na samo wyobrażenie tej blaszki i śrubki gdyby nie to, że już mi wcześniej i tak było słabo. Mam zostać, zabieg następnego dnia.


A potem dostaję jakieś dobre dragi, bo nagle robi się całkiem fajnie. Przestaję się przejmować czymkolwiek, ręka już tak nie boli i w ogóle nie jest źle. Miłe panie przynoszą posiłki do łóżka i zmieniają kroplówki. Full service, lepiej niż w hotelu. I można spać, ile dusza zapragnie.


I tak aż do następnego popołudnia, kiedy następna zmiana miłych pań wiezie mnie łóżkiem na zabieg. Anestezjolog pyta, czy się boję, więc zgodnie z prawdą odpowiadam, że owszem, bardzo. Wstrzykuje mi do kroplówki coś na rozluźnienie. I już w ogóle robi się strasznie wesoło. Ale najlepsze dopiero przede mną: dostaję znieczulenie i nagle moja ręka zaczyna żyć własnym życiem. Nie wie reszta ciała, co czyni lewica. Najpierw leży oparta o poduszki, a potem nagle spada z łóżka bez mojej wiedzy i zgody. I tak se wisi. Próbuję ją podnieść i nic. Przyglądam jej się zdumiona i nic nie kumam. Po czym zaczynam się głupio śmiać i nie mogę przestać przez następnych kilka minut. Jezu, jak tu fajnie w tym szpitalu!


Anestezjolog odchodzi zadowolony, najwyraźniej z poczuciem dobrze wykonanego obowiązku. A mnie przenoszą na podgrzewane łóżko i nakładają mi na uszy słuchawki z muzyką. Zasłaniają mi też ramię parawanem, żebym nie widziała co tam robią (phi! i tak wcale bym nie chciała patrzeć!). Coś tam ciągną jakby, coś jakby przekręcają, coś dłubią, słyszę też wiertarkę (?!), a potem jakaś pani zagląda za parawan i pyta, czy wszystko ok. Kiwam głową w takt muzyki. Po pani zagląda pan i mówi, że jest chirurgiem i że operacja się udała. Życzymy sobie nawzajem bardzo miłego popołudnia.


Wracam do sali tą samą drogą, którą tu przybyłam, z przerwą na prześwietlenie. Radiolog w sali prześwietleń układa delikatnie moją rękę na stole pod lampą i pyta ze zrozumieniem: ,,il dort?" (dosłownie: ,,on śpi?"). Znowu dostaję ataku śmiechu. Śpi, biedaczek, nie budźmy go.


Przez następne 12 godzin czuję się tak, jakbym była dość odlegle spokrewniona z własną ręką. Niby się znamy, ale nie za bardzo się nawzajem rozumiemy. Wstając z łóżka za każdym razem zapominam ją zabrać ze sobą i po chwili muszę po nią wrócić. I za każdym razem tak samo mnie to bawi...


Dopiero następnego dnia, po wyjściu ze szpitala i po zejściu z tych wszystkich dragów, dociera do mnie, że sytuacja jest raczej niewesoła. Nie dość, że muszę pozmieniać plany, to jeszcze w najbliższym czasie nie będzie pływania ani jogi.

I dopiero wtedy nadchodzi wyżej wspomniany dół.

©2019 by Przed siebie. Proudly created with Wix.com