• Dominika

W Cabourgu u Maryline

U Maryline jest jak u cioci na wakacjach.

Mam swój pokój, swój ręcznik i swoje kapcie (poważnie!), jest ciepło, miło i wygodnie. Po ponad dwóch tygodniach w przyczepie campingowej czuję się tu jak w pięciogwiazdkowym hotelu. Łazienka z bieżącą wodą, której nie trzeba codziennie dolewać rurką do baniaczka! Cywilizacja, jako żywo!

Ciocia jest troskliwa i bardzo sympatyczna, tylko okropnie zajęta – pracuje dniami i nocami przy komputerze i w sumie na nic nie ma czasu. Dlatego potrzebuje, żeby ktoś jej czasem odkurzył albo rozładował zmywarkę. I tu wkraczam ja, kobieta pracująca.

Już pierwszego dnia Maryline, lekko zawstydzona, przyznaje, że nie za bardzo lubi gotować. I że coś tam niby przygotowała do jedzenia, ale raczej bez przekonania. I że możemy sobie na obiady zamawiać pizzę.

Moja radość nie zna granic. Natychmiast przejmuję jej kuchnię. Nie będziemy zamawiać żadnej pizzy. Od tej pory będziemy jeść pyszne i zdrowe wegańskie posiłki mojej produkcji. Chwilo, trwaj!

Na weekend przyjeżdża Maxence, syn Maryline. Z Paryża. I robi się już całkiem rodzinnie i domowo. Jemy obiad, rozmawiamy o przepisach i podróżach, a potem gramy w gry słowne w języku angielsko-francuskim (Frenglish). Okazuje się też, że wszyscy troje jesteśmy fanami Harry'ego Pottera, więc jest o czym gadać. Maryline i Maxence planują wypad do Warner Bros Studio w Londynie. Udziela mi się ich ekscytacja i postanawiam, że też sobie kiedyś pojadę. Następnego ranka, przy kawie i croissantach, logujemy sie na Pottermore i po kolei przechodzimy ceremonię przydziału. Maxence trafia do Slytherinu, Maryline i ja – do Ravenclaw. Wszyscy wydają się usatysfakcjonowani.

Po południu Krukoni i Ślizgoni zgodnie udają się nad morze. Trochę wieje, ale co tam. Dziewczyny z Ravenclaw nawet spacerując po plaży uczą się francuskich słówek (tzn. jedna uczy drugą. Ta druga ciągle zapomina, więc w sumie nie bardzo wiadomo, jakimi przesłankami kierowała się Tiara Przydziału). Chłopak ze Slytherinu tymczasem biega wokół nich jak szalony i pstryka fotki.

Wieczorem odstawiamy Maxence'a na przystanek autobusowy, po czym każda z nas wraca do swoich zajęć. To znaczy: Maryline przykleja się z powrotem do komputera, a ja rozładowuję zmywarkę, kręcę się trochę bez sensu po kuchni, po czym idę się uczyć francuskiego. Kiedyś musi się udać. Jestem zdeterminowana. Postanowiłam nie wyjeżdżać z Francji, dopóki nie będę gadać w tym języku. Gadać jak rozumny człowiek, a nie jak półgłówek z wadą wymowy, którym czuję się na obecnym etapie.

Celem zwiększenia swoich szans powodzenia w tym przedsięwzięciu, w wolnych chwilach chodzę do kina na francuskie filmy. Tak ze trzy razy w tygodniu chodzę. Rozumiem z nich gdzieś jedną czwartą, resztę sobie dopowiadam. Bawię się przy tym znakomicie, choć niewykluczone, że trafia do mnie nie całkiem to, co reżyser miał na myśli. Najłatwiej jest z bajkami dla dzieci. Trochę trudniej z komediami – niby nadążam za fabułą, ale nie bardzo łapię żarty (co, jak odkrywam, w ogóle mi nie przeszkadza, jeśli komedia zawiera Guillaume Caneta. Mogłabym patrzeć na niego godzinami, nie rozumiejąc, co mówi, taki piękny). A już największy problem mam z ,,J'accuse". Pełno podobnych do siebie facetów w identycznych mundurkach i trudno się połapać, kto z kim spiskuje i przeciwko komu, ale widać gołym okiem, że najgorzej na tym wszystkim wychdzi Dreyfus.

W nocy często śni mi się, że próbuję coś powiedzieć po francusku i brakuje mi słów. Budzę się rano i jest mniej więcej to samo.

Chyba można więc uznać, że w Cabourgu ziściły się moje sny.


Dziewczyny z Ravenclaw patrzą w niebo, bo ktoś tam lata na miotle (fot. Maxence Magniez)

©2019 by Przed siebie. Proudly created with Wix.com