• Dominika

Wędrując wśród cytryn

W nocy tak wieje, że aż mi się przyczepka giba.

Tubylcy skonsternowani. Nie widuje się tu takich wiatrów. Chyba mnie trochę podejrzewają o przywiezienie tej zarazy z Islandii. Przyznaję, że nie czuję się całkiem niewinna. Może to faktycznie za mną przyleciało?

Rano zabieram się za wyrywanie chwastów, ale jakoś bez przekonania. Wiatr mi trzepocze workiem, piasek leci do oczu. Po pół godzinie Carole woła mnie do środka. Chyba ją sumienie gryzie, jak na mnie patrzy. Spędzam przedpołudnie pracując z nią w domu, głównie polerując różne przedmioty. Gadamy o zdrowym odżywianiu i o IF, okresowym poszczeniu. Obie najwyraźniej czujemy się specjalistkami w tej dziedzinie, więc temat się nie kończy. Nie, żebyśmy mówiły sobie nawzajem coś nowego. Wymieniamy się informacjami, które obie i tak znamy. To ciekawe, ile satysfakcji i samozadowolenia można wynieść z rozmowy, która nie wnosi w twoje życie nic nowego.

Po południu wiatr trochę ustaje, więc – jak co dzień odkąd tu jestem – nakładam trampki i ruszam przed siebie.

Krajobraz wielce monotonny.

Ziemia spalona słońcem.

Posesje. Płoty. Krzaki. Zające.

Cytryny, bardzo dużo cytryn.

W wędrowaniu wśród cytryn najlepsze jest to, że można sobie przy okazji nazbierać cytryn. I po wędrówce napić się, na przykład, lemoniady, czy co tam kto lubi robić z cytryn.

Miejsce, gdzie jestem – bo chyba o tym jeszcze nie wspominałam – nazywa się Valle del Sol, Dolina Słońca. Słońca faktycznie mają tu pod dostatkiem. Aż trudno sobie wyobrazić, że północ Europy tonie teraz w listopadowej szarudze.

Valle del Sol słynie głównie z dużej ilości emerytowanych Brytyjczyków, takich właśnie jak Den i Carole. Kupują tu sobie domy i spędzają jesień życia, wygrzewając w słońcu powykręcane angielską pogodą kości. W przerwach od wygrzewania powykręcanych kości grają w kręgle albo w bilard z innymi emerytowanymi Brytyjczykami.

Osobiście uważam, że to denny pomysł. Nie zamieszkałabym w tym miejscu, nawet gdybym była emerytowanym Brytyjczykiem. Spędzam godziny przedreptując okolicę wzdłuż i wszerz i mimo najszczerszych chęci nie dostrzegam nic pięknego. Poza pogodą, oczywiście. Dreptanie po nieciekawej okolicy ma tę przewagę nad dreptaniem po ciekawej okolicy, że można się wprowadzić w stan bliski medytacji. Oczyścić się psychicznie. Tylko niebo, droga i ja. Krok za krokiem, oddech za oddechem. Tylko tyle i aż tyle. ,,Się szło powolutku skrajem drogi straszliwie i cudownie samotnym'', jak pisał kiedyś wiadomo kto.

Psy szczekają, dzień chyli się ku końcowi. Wracam do mojej przyczepki, kieszenie pełne cytryn. Pod wieczór znów zrywa się zimny wiatr. Kończę dzień opakowana w dresy, sweter i dwie kołdry, z książką i kubkiem herbaty w rękach. Herbaty z cytryną, rzecz jasna.

©2019 by Przed siebie. Proudly created with Wix.com