• Dominika

Rekonwalescencja w Tiranie

Długo się zastanawiałam, gdzie zabrać na odpoczynek swoją biedną, kulawą łapkę. Kryteria były trzy: miało być niedrogo, niezbyt zimno i niezbyt daleko. Bałkany prędko zaczęły prowadzić w tym wyścigu: kilkanaście stopni Celsjusza w lutym i tanie mieszkania na Airbnb. W końcu zwyciężyła Albania, w sumie głównie

dlatego, że loty z Rzymu do Tirany są bardzo tanie i bardzo krótkie.


Kurniki i mercedesy

Pierwsze wrażenie: wszyscy jeżdżą samochodami tak, jakby przedwczoraj zrobili prawo jazdy u upośledzonego umysłowo instruktora. Przejeżdżają na czerwonym świetle, wyprzedzają na trzeciego w środku miasta, wjeżdżają na chodniki i trąbią radośnie i kompletnie bez sensu. Przez kilka pierwszych dni zastanawiałam się o co chodzi, aż w końcu tradycyjnie wybrałam się na free walking tour i przewodnik zdradził nam wielką albańską tajemnicę. Otóż wszyscy naprawdę przedwczoraj zrobili prawo jazdy. Przed 1992 rokiem nie można tu było posiadać samochodu. W sensie: w ogóle. No chyba, że się było jakąś komunistyczną szychą. Normalni ludzie jeździli rowerami albo popylali na nóżkach. I dopiero po 1992 roku ci normalni, popylający na nóżkach lub rowerach Albańczycy mogli zrobić prawo jazdy i kupić sobie samochody. Więc zrobili, wszyscy naraz, ucząc się jeździć nie wiadomo od kogo, skoro nikt nie umiał. Efekty widać na ulicach po dziś dzień. Pandemonium, słowo daję. Podobno można się do tego przyzwyczaić, ale mimo że spędziłam w Tiranie prawie miesiąc, za każdym razem chciało mi się płakać ze strachu przechodząc przez ulicę. Raz prawie zemdlałam, kiedy mercedes wyskoczył zza rogu i niemal przejechał mi po stopach.


Mercedesy to w ogóle osobny temat. W dobrym tonie jest posiadać mercedesa, nawet jeśli trzeba w tym celu zagłodzić połowę rodziny albo sprzedać nerkę. Widuje się więc mercedesy zaparkowane przed rozklekotanymi chałupami, wyglądającymi mniej więcej jak kurniki obite blachą falistą. Najwyraźniej o wiele ważniejsze jest czym jeździsz, niż w czym mieszkasz.


Oprócz mercedesów, jak zdradził nam rzeczony przewodnik, Albańczycy bardzo lubią posiadać w domach broń palną. Myślałam, że żartuje, kiedy opowiadał, jak kiedyś wyjęli z bratem kałachy spod łóżek i poszli na demonstrację antyrządową. Nie żartował. Nikt nie miał więcej pytań, bo wszyscy się wystraszyli.


Język

Słowa niepodobne do niczego. Mirëmëngjes. Faleminderit. Litery niby znajome, ale nic poza tym.Wśród języków indoeuropejskich albański tworzy swój własny pojedynczy podzbiór, niespokrewniony z żadnym innym znanym badaczom językiem. Trudno powiedzieć, jak to się stało, że na językowym drzewie wyrosła taka osobna gałąź. Jedna z lingwistycznych teorii głosi, że albański jest kuzynem dawno wymarłych języków ilyryjskich, ale nikt nie ma pewności. Co wiadomo na pewno, to że albański jest unikalny, strasznie stary i dosyć dziwny. Archaiczna gramatyka, dwa dialekty i fikuśne słownictwo. I wisienka na torcie - kiwanie głową na tak oznacza nie, a na nie – tak.


Enver Hoxha: arcypsychol wśród psycholi

Ponoć w porównaniu z albańskim komunizmem, wszystkie inne komunizmy w Europie to pikuś. Ewentualnie Korea Północna mogłaby się równać. Albania

Envera Hoxhy była tak kompletnie odcięta od świata, że jeszcze w 1991 większość ludzi nie miała pojęcia, że upadł Mur Berliński. Przez jakieś pięćdziesiąt lat nie można było do tego kraju wjechać, ani tym bardziej z niego wyjechać. Hoxha był nawet większym psycholem niż Stalin i Ceauşescu, a jego znakiem rozpoznawczym była paranoja. Wybudował w Albanii kilkaset tysięcy bunkrów, bo w każdej chwili spodziewał się ataku ze wszystkich możliwych stron (nie tylko ze strony zgniłego zachodu, ale też ze strony Układu Warszawskiego i Jugosławii). W sumie nic dziwnego, skoro nie utrzymywał przyjaznych stosunków praktycznie z nikim, nawet z innymi komunistycznymi psycholami. Przez pewien czas jedynym politycznym sojusznikiem Albanii były Chiny, ale po śmierci Mao nastąpił rozpad tej dziwnej przyjaźni i Albania pogrążyła się w całkowitej izolacji.


Biorąc pod uwagę powyższe, to naprawdę imponujące, jaki skok w rozwoju zrobiła Albania przez ostatnie dwadzieścia parę lat. Fakt, że widać jeszcze znaki tej komunistycznej traumy i biedy i wcale nie trzeba długo szukać, żeby znaleźć

bezzębnych dziadków pasących krowy na obrzeżach blokowisk i rodziny mieszkające w kurnikach. Ale z drugiej strony widać też prężnie rozwijającą się młodą demokrację kandydującą do Unii Europejskiej. Nowoczesne centra handlowe, hotele, biurowce i stadiony, obsługa w restauracjach i kawiarniach mówiąca po angielsku. Europa. No, prawie.


Z czymś mi się to wszystko kojarzy

I jeszcze to dziwne wrażenie, że wszystko jest mgliście znajome, jakbym już kiedyś tu była, bardzo dawno. A przecież nie byłam, to mój pierwszy raz na Bałkanach.

Po kilku dniach odkryłam, o co chodzi. Dzisiejsza Albania przypomina mi Polskę okresu transformacji. Jakby się cofnąć w czasie do kolorowych, tandetno-jarmarcznych, pełnych nadziei i frustracji lat dziewięćdziesiątych. To szczególne zderzenie pokomunistycznej biedy z importowanym luksusem. Te improwizowane stragany na łóżkach polowych. Te babcie w chustkach na głowach sprzedające słodycze, dżinsy i skarpetki. Ci wąsaci dziadkowie na ławkach w parku sprzedający papierosy. Te obrzeża miasta tonące w śmieciach. No pewnie, że już to wszystko gdzieś i kiedyś widziałam. W domu, w dzieciństwie. Łza się w oku kręci...

©2019 by Przed siebie. Proudly created with Wix.com