• Dominika

Podróż do ziemi włoskiej z powyłamywanymi rękami

Najtrudniejsze są, o dziwo, najprostsze czynności: ubieranie się, wyciskanie pasty do zębów na szczoteczkę, pakowanie plecaka. Samo przemieszczanie się z miejsca na miejsce nie jest aż takie straszne, choć bez wątpienia bardziej kłopotliwe z ręką na temblaku. Jakby więc ktoś zastanawiał się, czy lepiej podróżować ze złamaną ręką czy bez, to z moich doświadczeń wynika, że bez złamanej ręki jest trochę łatwiej. Ale podróżowanie ze złamaną ręką też jest wykonalne, więc jeśli ktoś z kolei zastanawia się, czy lepiej podróżować ze złamaną ręką, czy wcale, to moim zdaniem lepiej ze złamaną ręką. No i mamy w bonusie dobry conversation starter.


Wczesnym, lutowym popołudniem żegnam się uprzejmie, choć niezbyt wylewnie z Sam i Alvarem (jakoś nie zaiskrzyło między nami) i trochę czulej z Luną i Neskim, po czym wsiadam do pociągu z Aime do Chambery-Challes. Przede mną dużo godzin podróży. Pierwsza przesiadka w Chambery, druga w Turynie. Tu jest czas na kawę, na szczęście. Jedną z rzeczy, o których trzeba zapomnieć podróżując z ręką na temblaku, jest kawa na wynos. Bo jak się weźmie kawę na wynos, to już się raczej nie otworzy ani nie zamknie żadnych drzwi. Wykonalne tylko jeśli zawsze mamy ze sobą ludzi od otwierania i zamykania drzwi. Ja nie mam, więc w Turynie na dworcu wypijam kawę przy kawiarnianym stoliku i przyglądam się facetowi, który gada z gołębiem. Mam dziwne wrażenie, że rozumiem, co do niego mówi. Albo włoski to takie trochę esperanto, pełne międzynarodowych słów, albo mam szósty zmysł, który pozwala mi rozumieć wariatów, niezależnie od tego, w jakim języku mówią. Podejrzewam, że prędzej to drugie...


Z Turynu do Rzymu jadę kuszetką. Super wygodnie, tylko sąsiadka z góry strasznie chrapie.

Za oknem już ciemno, niestety, więc nie mogę sobie przed snem popatrzeć na ziemię włoską, której jestem bardzo ciekawa. Jakoś tak się zdarzyło, że noga moja nigdy wcześniej na niej nie postała. Dobrze móc w końcu nadrobić to niedopatrzenie.


Wyobrażeń mam, oczywiście, dziesiątki. Tak samo jak przypadkowych informacji w mózgu, zasłyszanych, przeczytanych i kompletnie niepotwierdzonych. Że starożytni Rzymianie myli zęby moczem, na przykład (?!). Że jacuzzi wynalazł Włoch nazwiskiem Jacuzzi (niech go błogosławią wszyscy bogowie Olimpu!). Że w Bolonii jest najstarszy uniwersytet świata. Że nie ma kraju, który miałby więcej dzieł sztuki na kilometr kwadratowy. Że Świętego Piotra ukrzyżowali głową w dół. Że zwłoki Mussoliniego powiesili na stacji benzynowej, też głową w dół. Że Watykan ma własną drużynę piłkarską...


Co wiem na pewno, to że jedzenie będzie genialne. Głupio się przyznać, ale perspektywa tego całego makaronu cieszy mnie bardziej niż największe światowe kolekcje sztuki. No, ale pomyślcie tylko, ile Włosi dali światu pysznych rzeczy, bez których życie byłoby znacznie uboższe: pizza, lazania, spaghetti, mozzarella, tiramisu, espresso, cappuccino. I ja za chwilę będę u kolebki tego całego dobra! O bogowie!


Nad ranem, z głową pełną marzeń o makaronie, wysiadam na dworcu w Rzymie. Czuję się nienajlepiej. Plecak ciężki, nadgarstek boli i mam ładnych kilka godzin do check-inu. Idę na kawę, zjadam tabletki przeciwbólowe i próbuję zebrać myśli. Pomysł chodzenia z plecakiem po mieście w tym stanie zdrowia odpada w przedbiegach. Postanawiam jechać wcześniej do guesthousu, w którym śpię i zobaczyć, czy da się zostawić bagaż.


Guesthouse nazywa się Notte a San Pietro i jest, jak sama nazwa wskazuje, tuż przy Watykanie. Tak blisko, że kopuła bazyliki wystaje sponad budynków po drugiej stronie ulicy jak jakaś wielka czapka. Facet w okienku guesthousu nie mówi ani słowa po angielsku. Desperuję, próbując na migi wytłumaczyć mu, o co mi chodzi z tym plecakiem. W końcu pokazuję mu paszport i rezerwację, on gdzieś dzwoni, z kimś sie kłóci, po czym okazuje się, że pokój jest gotowy.


Pół godziny później dzwoni do mnie właścicielka guesthousu i niby przeprasza za tego pana w okienku, który nie mówi po angielsku, ale tak naprawdę to głównie ma pretensje, że przyjechałam tak wcześnie. Tłumaczę cierpliwie, że chciałam tylko zostawić plecak, ale pan nie zrozumiał, a potem dał mi pokój, na co pani odpowiada, że powinnam była do niej wysłać maila i wtedy ona mogłaby przyjechać i powitać mnie w odpowiedni sposób, z całą gościnnością na jaką ją stać i bez pośrednictwa pana z okienka. Pani jest bardzo rozżalona postępowaniem tak moim, jak i pana z okienka. Nie może okazać mi gościnności, więc okazuje niezadowolenie. Jestem z minuty na minutę bardziej zirytowana tą konwersacją. Skoro dostałam czysty pokój i wszystko jest ok, to chyba lepiej byłoby gdyby właścicielka jednak nie dzwoniła do gości i nie wypominała im, że przyjechali za wcześnie. Bo to robi nawet gorsze wrażenie niż pan z okienka...


Pokój za to jest naprawdę w porządku, z wygodnym łóżkiem, osobną łazienką i wliczonym śniadaniem. Jak dołożyć do tego lokalizację i cenę (mniej więcej 40 euro za dobę), to w sumie można przeboleć te pretensje telefoniczne.

©2019 by Przed siebie. Proudly created with Wix.com