• Dominika

Podróż do ojczyzny camemberta

No więc budzę się 12 godzin później i pierwszym odkryciem poranka jest cieknąca toaleta. Odkręcam wodę w umywalce, słyszę złowieszcze bulgotanie w rurach i nagle zza toalety tryska radosny strumień wody. I nie jest to czysta, źródlana woda, niestety.

Biegnę po pomoc.

Pomoc przybywa w postaci stróża nocnego ze szczoteczką do zębów w garści (wpadłam na niego jak wychodził z łazienki), ogląda kibelek, ogląda umywalkę, ogląda mnie, poważnie kiwa głową, gasi światło i oświadcza, że nic nie da się zrobić. I czy chcę inny pokój. Nie bardzo chce mi się przenosić na te dwie czy trzy godziny przed wyjazdem, więc mówię, że nie chcę, i że użyję może tej samej łazienki, w której on był przed chwilą ze swoją szczoteczką.

W nagrodę dostaję śniadanie gratis. Croissanty i kawa. W sumie dobry deal.


Plan na dziś: dotrzeć z Paryża do miasteczka Cabourg w Normandii, gdzie czeka na mnie Maryline, kolejny zacny człowiek potrzebujący pomocy, znaleziony przez Helpx.


Dworzec Saint-Lazare. Ponoć impresjoniści bardzo lubili go malować. Możliwe, że w czasach impresjonistów nie był jeszcze taką wielką galerią handlową. Teraz jest i trochę mnie to przytłacza, ale jakoś znajduję odpowiedni peron, a na nim odpowiedni pociąg, a w nim odpowiednie miejsce.

I oto mknę pociągiem przez pola i łąki, ku Normandii! Ku ojczyźnie Joanny d'Arc, Wilhelma Zdobywcy i camemberta. Zwłaszcza tego ostatniego nie mogę się doczekać.


W Deauville-Trouville trzeba mi przesiąść się z pociągu na autobus. I tu sprawa się komplikuje. Na przystanku stoją dwa autobusy z numerem 20, na oko takie same, tyle tylko, że za chwilę jeden ma pojechać w prawo, a drugi w lewo, o czym gromadka niefrasobliwych pasażerów na razie nie ma pojęcia. Wsiadamy sobie wszyscy beztrosko do pierwszego autobusu. A potem następuje ogólna konfuzja. Jeden pan zauważa drugi autobus, wstaje i się przesiada, za nim przesiada się pani w wielkim kapeluszu, a za panią w wielkim kapeluszu jeszcze jeden pan. Po czym pierwszy pan wraca (na tarczy) do pierwszego autobusu, a pani w wielkim kapeluszu i drugi pan – nie. Zaintrygowana idę się dowiedzieć u kierowcy, o co chodzi w tych przetasowaniach pasażerskich, tłumaczę mu swoim kalekim francuskim, gdzie chcę jechać. Okazuje się, że – wzorem pani w wielkim kapeluszu i drugiego pana – powinnam jechać drugim autobusem. Bo ten jedzie zupełnie gdzie indziej.

Zagadką pozostaje, dlaczego nie dali tym autobusom osobnych numerów.

Reszta podróży przebiega bez zakłóceń.


Maryline już czeka na przystanku, z radosnym uśmiechem na twarzy. Od razu zabiera mnie na objazd miasteczka, a potem na kawę do Casino de Cabourg. Wymieniamy powitania i wstępne uprzejmości siedząc w obitych czerwonym pluszem fotelach. Czuję się jak w filmie o bardzo eleganckich ludziach.


Miasteczko jest absolutnie czarujące. Latem to ponoć kurort, do którego turyści walą drzwiami i oknami z całej Francji oraz spoza niej. Teraz, w listopadzie, życie płynie tu przyjemnie niespiesznym rytmem.

Wieść gminna niesie, że sam Marcel Proust bardzo lubił odwiedzać Cabourg. Tak bardzo lubił, że aż umieścił je we ,,W poszukiwaniu straconego czasu" jako fikcyjne Balbec. I z tej okazji, jak łatwo się domyślić, Proust jest tu bohaterem lokalnym. Zupełnie jak Muminek w Finlandii. Proust na pocztówkach, Proust na kubkach i na płóciennych torbach też Proust. Gdzie nie spojrzeć, tam Proust.

Wzruszający tryumf literatury nad rzeczywistością.

Czuję, że będzie mi tu dobrze.

©2019 by Przed siebie. Proudly created with Wix.com