• Dominika

Notatki z Wiecznego Miasta

Pierwsze słowa, które mi się narzucają: imponujące i dostojne. Wszystko jest imponujące i dostojne, miasto samo w sobie jest imponujące i dostojne, jak jakiś rzymski cesarz. Zabytków tyle, że nawet by się nie dało pozamykać ich wszystkich w muzeach; gdzie się nie ruszyć, tam jakieś arcydzieło architektury albo odsłonięte fragmenty budynków sprzed setek lat. Właściwie można by uznać, że cały Rzym jest jednym wielkim muzeum pod gołym niebem, a ludzie próbują po prostu jakoś między tym wszystkim żyć i organizować sobie codzienność.


Poniżej kilka spostrzeżeń i wrażeń z Wiecznego Miasta.


Free walking tour

To chyba mój ulubiony sposób zwiedzania nowych miast. Obecnie większość dużych miast je ma, wystarczy wygoglować np. free walking tour Rome i znaleźć miejsce i godzinę spotkania. Pomocne zwłaszcza wtedy, kiedy się nie ma pomysłu gdzie zacząć i potrzebuje się jakiegoś zwięzłego wprowadzenia.

Grupa, która spotyka się przed schodami hiszpańskimi jest maleńka – siedem czy osiem osób (dziwne – byłam raz na podobnej imprezie w Rydze i pojawiło się ponad 40 osób, musieli przysłać drugiego przewodnika. W Rzymie tym bardziej spodziewałam się kilkudziesięciu osób). Przewodniczka to rodowita rzymianka. Zabiera nas, między innymi, do Panteonu, na Plac Navona i pod kolumnę Marka Aureliusza. Opowiada o rzymskich cesarzach i o bogach importowanych z greckiego Olimpu. O włoskim parlamencie, w którym jest zdecydowanie zbyt wielu ludzi, co po Mussolinim miało uchronić kraj przed zapędami ewentualnych przyszłych dyktatorów. Opowiada historię pizzy margherity, która została nazwana na cześć uwielbianej przez lud królowej Margherity i której kolory odpowiadają włoskiej fladze:

czerwień (pomidory), biel (mozzarella) i zieleń (bazylia). I o tym, że Rzym był eco-friendly zanim to się stało modne, bo we wszystkich fontannach miasta jest pitna woda, więc nie ma potrzeby kupować plastikowych butelek z wodą. Fontann jest tyle, że nawet nie próbuję spamiętać nazw i mam wrażenie, że każda kolejna podoba mi się jeszcze bardziej niż poprzednia.


Tour kończy się pod Zamkiem Świętego Anioła. Widok jak z obrazka, tylko sprzedawcy tandety i żebracy strasznie agresywni. Uciekam, powiewając temblakiem.


Watykan

Tour po Watykanie trwa trzy godziny i najśmieszniejsze jest w nim to, że prawie cały czas trzeba patrzeć na sufit. Ludzie non stop wpadają na siebie, bo nie patrzą, gdzie idą.


W Muzeach Watykańskich najbardziej mnie zachwycają – jak na podróżniczkę przystało – mapy. Cała sala (korytarz właściwie) pełna pięknie namalowanych, barwnych, cudownie precyzyjnych map z górami, miastami, rzekami – przypominają mi się mapy Narni, którym uwielbiałam się przyglądać w dzieciństwie. Szkoda, że nie ma czasu na dokładne obejrzenie wszystkich, przewodniczka już macha chorągiewką u drzwi kolejnej sali...

Kaplica Sykstyńska trochę mnie zaskakuje tym, że jest taka... pusta. Oprócz kilku setek osób wewnątrz, oczywiście. Ale nie ma w niej praktycznie nic oprócz tych wszystkich sławnych fresków na suficie i ścianach. Spore wrażenie robi zobaczenie w realu Stworzenia Adama, więc stoję i patrzę, masując obolały kark jedyną ręką, która mi została. W samej kaplicy nie można prawie nic: mówić, robić zdjęć, filmować, jeść ani pić. Można tylko stać i patrzeć (i ewentualnie oddychać, ale niezbyt intensywnie). Bardzo to zabawne, kiedy kilkaset osób stoi i milczy, patrząc w sufit.


Bazylika Świętego Piotra z kolei robi wrażenie tym, że jest taka wielka. Ponoć jak dwa boiska piłkarskie. Jestem jedyną Polką w grupie i za każdym razem, kiedy przewodniczka wspomina Jana Pawła II, to pokazuje na mnie. Wszyscy patrzą na mnie z szacunkiem.


Koloseum

Mimo, że jestem bardzo ciekawa Koloseum, to prędko okazuje się, że te prawie dwa tysiące lat historii to nic w porównaniu z przewodnikiem. Facet jest jak przerośnięty krasnal z

gruźlicą i schizofrenią. Kaszle do mikrofonu, jakby miał za chwilę wypluć płuca. Gada do siebie opędzając się ramionami od jakichś sobie tylko znanych zagrożeń. Charczy, stęka i pluje, opowiadając między tym wszystkim (bardzo ciekawie i z dużą erudycją) gdzie siedział cesarz, gdzie trzymano zwierzęta i którędy na arenę wychodzili gladiatorzy. Jestem zafascynowana. Ta moja niesłabnąca miłość do wariatów...


Wybrałam opcję zwiedzania za jednym zamachem Koloseum, Palatynu i Forum Romanum, więc, jak łatwo się domyślić, było to zwiedzanie ekspresowe i zostawiło mnie z pewnym niedosytem, z poczuciem, że chętnie poświęciłabym więcej czasu na każde z tych miejsc. Ale z drugiej strony – całość i tak trwała jakieś 3,5 godziny, więc nie wiem, kto by wytrzymał dłużej (bo raczej nie przewodnik).



Wszystko pyszne

Wszędzie pizza. Z trudem powstrzymuję się przed jedzeniem jej na śniadanie. W moich rankingach wygrywa ta najprostsza, margherita, ale inne odsłony też bywają ciekawe: szpinak, grzyby, ziemniaki nawet.


W temacie spaghetti mam dość wysokie wymagania. Sama umiem zrobić całkiem dobre i nie zadowolę się byle czym. Zamawiam też najprostszą wersję, z sosem pomidorowym i bazylią. Oczekiwania spełnione! Pogłoski jakoby Włosi umieli robić niezłe spaghetti niniejszym potwierdza się.

Z innych ciekawych wynalazków: suppli – ryżowe kulki nadziewane mozzarellą. Ponoć w wielu włoskich domach jest to typowe danie z resztek.


W kategorii ,,desery" wygrywają lody, oczywiście. Pożarłam przez te kilka dni chyba więcej cukru niż przez cały poprzedni rok. Całkiem możliwe, że to sugar rush daje mi siłę na bieganie po mieście mimo obrażeń, złamań i ran pooperacyjnych.


©2019 by Przed siebie. Proudly created with Wix.com