• Dominika

Murcja

Jest sobota i świeci słońce.

Czegóż więcej wymagać od listopada?

Den podwozi mnie do Murcji i wysadza przy dworcu, umawiamy się na to samo miejsce za osiem godzin. Cały dzień sama w obcym mieście. Bardzo ekscytujące albo bardzo przygnębiające, zależy od nastroju i od tego, co samotna podróżniczka przywiozła ze sobą w bagażu podręcznym. Ja, okazuje się, przywiozłam dużo smutku. Niezaleczone rany, o których w ostatnich dniach za dużo nie myślałam, a które teraz, w murcjańskim słońcu, postanowiły o sobie przypomnieć. Siadam na skwerku przy rzece, jem śniadanie w postaci bagietki z guacamole. Podchodzi coś w rodzaju indyka skrzyżowanego z kaczką. Odstępuję mu kawałek bagietki, bo patrzy na nią znacząco i groźnie. Nawet jakby z pewnym potępieniem. Połyka i wraca do swoich zajęć.

Nie będę walczyć z tym smutkiem, postanawiam. Niech sobie przeze mnie płynie, niech sam mnie z siebie oczyści. Ze smutkiem jest trochę inaczej niż z tym strachem, co to wepchnął się za mną do samolotu. Nie powinno się go ignorować, bo potrafi skurczyć się do rozmiarów guza, przyczaić się w ciele i czekać na lepsze dla siebie warunki. I potem dać znać o sobie w najmniej odpowiednim miejscu i czasie. Więc rozpoznaję go, przyjmuję do wiadomości. Jest mi źle i mam złamane serce. Nie poskleja się tak szybko. Dajcie czasowi czas, jak mawiał poeta.

Katedra w Murcji. Spektakularna budowla, której dostojna potęga współgra jakoś z moim nastrojem. Wchodzę nawet do środka, choć nie lubię kościołów, zwłaszcza katolickich. Zbyt nachalne w przesłaniu i w doborze środków.

Plac przed katedrą tętni życiem. Turyści, żebracy, gołębie i facet z akordeonem. Zatłoczone restauracje i gwar. A tylko kilkanaście metrów dalej – uliczki tak wąskie, że mam wrażenie, że architekt rąbnął się w obliczeniach, bo to niemożliwe, żeby ktoś to celowo tak śmiesznie zbudował.

Labiryntem wąskich uliczek dochodzę do wielkiej arterii pełnej buczących pojazdów i pędzących dokądś ludzi. Wchodzę na kawę do pierwszej napotkanej kawiarni, siadam przy stoliku i piszę. Piszę o smutku i o mieście. O mieście w ogóle i o tym konkretnym mieście. Bo to miasto nie skradło mojego serca.

Ale – czy jakiekolwiek miasto kiedykolwiek skradło moje serce? Miasta nie są dla wszystkich. Miasta wciągają w sieć zbędnych zależności, przygważdżają do ziemi, zamykają w klatkach małych, przyziemnych spraw. Jak dotąd każda próba zapuszczenia korzeni w jakimś mieście kończyła się dla mnie tak samo – paniczną potrzebą ucieczki. W mieście czuję się jak ptak złapany w sieć. Przerażona i nieszczęśliwa. Miasta to mogą być dla mnie tylko przystanki w drodze gdzieś dalej, nie wiem gdzie, przed siebie.

Być może sama nie bardzo wiem, czego szukam.

Ale na pewno nie znajdę tego w mieście.

Dopijam kawę i ruszam dalej. Znów docieram do rzeki, pośrodku której wystaje nad powierzchnię wielka, betonowa ryba. Pomnik sardynki. Absurdalny pomysł. Jakby wszystkie rzeki tej planety były jeszcze za mało zmęczone ludzkimi działaniami.

Spaceruję wzdłuż rzeki. Znów mam wrażenie, że wszyscy gdzieś pędzą. Ale za to ci, którzy siedzą w restauracjach i kawiarnianych ogródkach wyglądają na najbardziej zrelaksowanych ludzi świata. Ot i zagadka. Może ci, co tak pędzą, po prostu się boją, żeby im ktoś nie zajął stolika? A ci co siedzą, już się nie boją?

Słońce powoli chowa się za horyzont. Wracam na dworzec. Dan już czeka przy swoim rozklekotanym seacie. Dobrze zobaczyć życzliwą twarz po dniu w obcym mieście sam na sam ze smutkiem.

W drodze do domu rozmawiamy o tajnej policji generała Franco. O tym, że mieli brzydki zwyczaj wyciągania ludzi z domu przez okna, mordowania ich i zakopywania przy drodze. Dlatego właśnie Hiszpanie do tej pory lubią mieć kraty w oknach.

Nagle zaczynam patrzeć na mój smutek z innej perspektywy.

©2019 by Przed siebie. Proudly created with Wix.com