• Dominika

Los Alcazares

Palmy jak wielkie ananasy.

Mer Menor – niby morze, ale jednak nie całkiem morze; laguna. Woda gładka, szaroniebieska, czasem tylko zaznaczana lekkimi zmarszczkami fal. Deptak zalany słońcem ciągnie się tak daleko, jak sięga wzrok. Miasto, wyrosłe tu jak dorodny owoc, błyska w słońcu jasnymi fasadami domów. A każdy dom jak pałacyk albo twierdza. Czy to zresztą nie z Hiszpanii pochodzi powiedzenie ,,Mój dom to moja twierdza"? Jeśli tak, to można się tu przekonać, że to wcale nie jest żadna przenośnia.

Przyjeżdżamy rano z Carole i Denem na – jak twierdzą – typowe hiszpańskie śniadanie: bagietka na ciepło podana z oliwą z oliwek i tartymi pomidorami. Do tego kawa i sok pomarańczowy. Proste i pyszne. Na deser zamawiamy churros, bo Carole mówi, że nie można wyjechać z Hiszpanii bez spróbowania tego deseru. Więc próbuję, zgodnie z zaleceniami. Wygląda jak patyk z ciasta, a smakuje jak pączek.

Po śniadaniu Carole idzie na zakupy, a Dan podwozi mnie na rynek i tam zostawia z instrukcjami, jak trafić z powrotem na deptak. I znów zostaję sama w obcym mieście. Spędzam pierwsze pół godziny buszując po straganach z warzywami i owocami i wybierając dorodne śliwki, jabłka i paprykę. Carole wprawdzie gotuje całkiem niezłe wegetariańskie obiady, ale świeżych warzyw i owoców ciągle mi za mało. Wszystko mi się podoba na tych straganach: takie kolorowe i świecące i na pewno pyszne, więc wypycham plecak po brzegi tym, co tylko da się zjeść na surowo.

Jakieś dwie godziny później przeklinam samą siebie za ten pomysł. Popylanie po mieście z kilogramami prowiantu na plecach nie należy do przyjemności. Może lepiej będzie część tych rzeczy nosić w brzuchu, a nie na plecach? Siadam na ławce i zjadam pół worka śliwek oraz dwa jabłka i przez kolejne czterdzieści minut nie mogę się ruszyć z miejsca.

Kiedy w końcu udaje mi się podnieść z ławki, okazuje się, że plecak jest nadal tak samo ciężki. Dziwne. Stękając ruszam dalej. Przedreptuję deptak gdzieś do połowy długości i zaczynam się nudzić, więc skręcam w stronę miasta i przez resztę dnia dreptam po mieście. Jakoś strasznie dużo chodzę w tej Hiszpanii. Chodzę i patrzę. W sumie to moja główna rozrywka.

Los Alcazares składa się z dużej ilości budynków i małej ilości ludzi. No i z deptaka, który ciągnie się bez końca nad brzegiem morza, które nie jest morzem. Gdzie są mieszkańcy – trudno powiedzieć. Trochę ich było na rynku, ale też nie bardzo dużo, a potem wszyscy zniknęli. Czasem ktoś przemknie po ulicy na rowerze albo jakaś postać pojawi się z na balkonie wśród prania. Znudzeni kelnerzy palą papierosy w drzwiach restauracji. Puste sklepy, puste knajpy. Trochę mi się to wszystko wydaje upiorne, czuję się jak bohaterka jakiegoś horroru.

W drodze do domu opowiadam Danowi o swoich odczuciach, a on zaczyna się śmiać.

To była sjesta, ten horror.

©2019 by Przed siebie. Proudly created with Wix.com