• Dominika

Jeśli dziś strajk, to jesteśmy we Francji

Wszystko zaczyna się w pewien deszczowy czwartek. Pociągi stają, konduktorzy na ulicach wrzeszczą i machają flagami, a razem z nimi kierowcy autobusów, kontrolerzy biletów, piloci, elektrycy, hydraulicy, nauczyciele i pracownicy szpitali. Kto może, ten wrzeszczy, macha flagą, dmucha w gwizdek, stuka w bęben, trąbi trąbką czy co tam innego umie. Do tego pełno policji, wozy strażackie i świece dymne. Pandemonium, jak mawia Ignacy Borejko.

Ale to w dużych miastach.

U nas, w Cabourgu, spokój i cisza. Tylko strażacy napisali sobie na budynku ,,STRAJK", ale jakby się paliło, to ponoć przyjadą i zgaszą.

Oglądamy sobie z Maryline strajk w telewizji, siedząc w wygodnych fotelach, zajadając camembert na przemian z roquefortem i popijając ciepłą herbatą (serek pierwsza klasa, nawiasem mówiąc. Bogaty i głęboki aromat starych skarpetek. Mniam). Bardzo przyjemnie tak sobie popatrzeć na zamieszanie, które nas zupełnie nie dotyczy. Mam jeszcze tydzień do wyjazdu z Normandii, więc nie ma się czym przejmować.

Pięć dni później zaczynam odczuwać lekki niepokój. Strajk trwa w najlepsze. Końca nie widać, bo prezydent jakoś nie idzie na ustępstwa, a związkowcy tym bardziej. Wieczorem dostaję od francuskich kolei wiadomość, że mój pociąg nigdzie nie pojedzie, bo jest strajk. I czy może chciałabym zmienić rezerwację?

No pewnie, że bym chciała zmienić rezerwację. Po co mi bilet na pociąg, który nigdzie nie jedzie?

Nadchodzi niedziela, dzień wyjazdu. Budzę się rano i myślę: mission impossible. Muszę przejechać całą Francję z północy na południowy zachód pociągami, które generalnie za bardzo nie jeżdżą. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

Na dworcu w Caen już czeka spory tłumek pasażerów. Wyglądają na dość pewnych siebie, więc staram się też być dobrej myśli. I faktycznie – pociąg przyjeżdża tylko pięć minut spóźniony i jedzie sprawnie i gładko do samego Paryża. W Paryżu muszę zmienić dworce i jakoś przedostać się z Gare Sanit-Lazare na Gare Montparnasse – łącząca je linia metra jest zamknięta, czego się spodziewałam, więc przygotowałam się mentalnie na bolesny dla serca wydatek w postaci przejazdu taksówką.

Czego nie przewidziałam, to tego, że znalezienie wolnej taksówki to też nie lada wyzwanie. Na postoju przed dworcem stoją wyłącznie ludzie. Stoją i machają. Dołączam do nich. Macham przez jakieś 15 minut, zanim się udaje. Bardzo miły pan taksówkarz przez całą drogę mówi do mnie z prędkością karabinu maszynowego, nie całkiem rozumiem co, ale na pewno jest w tej opowieści coś o dzieciach, które spadają z rowerów i rozbijają sobie głowy o asfalt.

Jakimś cudem zdążam na pociąg. Tłum straszny (na tej trasie kursuje obecnie jeden pociąg na osiem, więc wszyscy pasażerowie, którzy w normalnych warunkach rozłożyliby się na osiem pociągów, muszą się teraz zmieścić w jednym, jak wynika z moich obliczeń), ale poza tym wszystko idzie zgodnie z planem, odjeżdżamy o czasie. Czuję, że zaczyna kiełkować mi w duszy dziwny niepokój połączony z niedowierzaniem. Jakoś zbyt gładko wszystko idzie w tej podróży. Chyba coś w końcu musi się nie udać?

Dobra passa kończy się w Tuluzie. Już tylko półtorej godziny do celu, ostatnia przesiadka, ostatni lokalny pociąg... i właśnie ten pociąg dziś już dalej nie pojedzie. Pojedzie dopiero jutro, pan w informacji bardzo przeprasza, ale jest strajk, duch w narodzie nie ginie. A może jest autobus? Nie ma, jest tylko pociąg. Jutro.

I tak oto utknęłam w Tuluzie.




©2019 by Przed siebie. Proudly created with Wix.com