• Dominika

Introwertyk w podróży

,,Przebywanie w samotności jest potrzebne każdemu, ale dla niektórych jest jak powietrze" Susan Cain Pamiętam ze szkoły takie toporne tematy wypracowań z angielskiego jak: ,,Dlaczego warto uczyć się języków obcych?" albo ,,Dlaczego warto podróżować?". Czegokolwiek nie wymóżdżyłabym w odpowiedzi na tak dyktatorsko postawione pytanie, nigdy nie udawało mi się wpaść na to, na co wpadali wszyscy dookoła. Nauka języka obcego to było dla mnie otwarcie drzwi do kultury nowego kraju, wyzwanie, przyjemność intelektualna – coś jak łamanie szyfru. Zawsze uwielbiałam ten moment, kiedy przypadkowe ciągi liter zaczynały nabierać znaczeń, a gramatyka odsłaniała ukrytą strukturę języka. I nagle wszystko zaczynało do siebie pasować, jak w wielkiej łamigłówce. Podróże z kolei – to przygody, odkrycia, otwarcie oczu i umysłu, widoki, zapachy, smaki i odgłosy. Pisałam o tym wielostronicowe wynurzenia, po czym w szkole okazywało się, że najbardziej popularna i pożądana odpowiedź brzmi: języków obcych warto się uczyć, żeby poznawać nowych ludzi. Podróżować takoż.


W życiu bym na to nie wpadła.


Poznawanie nowych ludzi zawsze było dla mnie męczącym obowiązkiem, stresującą koniecznością, której najchętniej unikałabym na co dzień. Ale, oczywiście, jako nastolatka nie bardzo mogłam się przyznać do przypadłości, która najpewniej zostałaby uznana za nieśmiałość, więc przed lekcją szybko dopisywałam do moich wielostronicowych wynurzeń: ,,i jeszcze żeby poznawać nowych ludzi".


Dużo czasu zajęło mi rozkminienie i zaakceptowanie tego, kim jestem. Całe lata udawania, że dobrze się bawię wśród ludzi, kiedy w rzeczywistości marzyłam tylko o tym, żeby znaleźć się sama z książką we własnym pokoju. Lata godzenia się na męczące towarzystwo innych osób, żeby przypadkiem nie być posądzoną o nietowarzyskość. Lata mówienia: ,,tak", kiedy myślałam: ,,proszę, nie!". (To ostatnie, na przykład, w odpowiedzi na durne pytanie: czy mogę z tobą pobiegać? Pobiegać! Ludzie! Bieganie zostało wymyślone przez introwertyków dla introwertyków! Cała zajebistość biegania polega na tym, że można to robić w samotności).



To był naprawdę długi proces. Wiele spraw musiałam sobie dogłębnie przemyśleć, zanim znalazłam się tu, gdzie jestem: w miejscu, w którym w pełni akceptuję samą siebie. W przeciwieństwie do miejsca, w którym byłam jeszcze kilka lat temu, kiedy próbowałam zaakceptować siebie POMIMO introwertyzmu. Uwierzcie, że różnica jest kolosalna. Zwłaszcza, kiedy uświadomić sobie, jak wiele cech charakteru wynika pośrednio i bezpośrednio z introwertyzmu (albo ekstrawertyzmu). Więc akceptować siebie pomimo introwertyzmu, to trochę jak akceptować siebie pomimo... siebie. Nie tędy droga.


Najlepsze w tym procesie było uczenie się, jak rozpoznawać i zaspokajać własne potrzeby. Potrzebę izolacji. Przebywania w ciszy. Ładowania baterii w samotności po męczących wydarzeniach towarzyskich. Cudownie jest dać sobie prawo do wcześniejszego wyjścia z imprezy, na której nie mam ochoty być. Poprawia jakość życia o sto procent.


Piszę te słowa siedząc w zatłoczonej jadalni hostelu w 12-tej dzielnicy Paryża. Na pierwszy rzut oka sytuacja jest beznadziejna. Wszędzie ludzie: po prawej, po lewej, za mną i przede mną. Każdy szanujący się introwertyk powinien na moim miejscu już dawno wyskoczyć z okna.


A jednak nie wyskakuję. Wypracowałam sobie bowiem kilka technik radzenia sobie w podróży w niesprzyjającym introwertykom środowisku. Niektóre z nich tak banalnie proste, że aż śmieszne w swojej prostocie – na przykład słuchawki. Najlepiej duże, żeby z daleka było widać, że i tak nie słyszę, co się do mnie mówi, więc nawet nie warto próbować. Szczerze mówiąc, nawet nie zawsze czegoś słucham w tych słuchawkach, czasem nakładam je jako kask bezpieczeństwa albo czapkę-niewidkę. Taki rodzaj manifestu, że nie interesuje mnie jakikolwiek kontakt. Oczywiście, czasem znajdą się tacy, do których przesłanie i tak nie trafia – na przykład Wietnamczyk przy sąsiednim stoliku, który mimo wszystko od 20 minut próbuje nawiązać kontakt wzrokowy. Ale to jednak mniejszość, w większości przypadków trik ze słuchawkami działa niezawodnie.


Nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi bynajmniej o to, żeby całkiem wyeliminować kontakty międzyludzkie. Raczej o to, żeby wyeliminować niektóre z nich, te przypadkowe i zostawić sobie energię na istotniejsze. Podróżując i tak poznaję masę ludzi. Pracuję u nich, mieszkam w ich domach, opiekuję się ich psami. To często daje możliwość głębszego poznania jakiejś osoby, kontaktu bardziej wartościowego, niż przypadkowa rozmowa w hostelu z człowiekiem, którego prawdopodobnie nigdy więcej nie zobaczę. Nauczyłam się myśleć o swoim poziomie energii jako o pewnej puli, którą mam do wydania – skoro wiem, że ta pula prędko się wyczerpie i będę musiała się odizolować dla naładowania baterii, to bez sensu trwonić ją na coś nieistotnego. Tak samo, jak bez sensu byłoby zainstalować sobie na komórce zżerającą energię aplikację, której się nie chce i nie potrzebuje.


Są takie aspekty podróżowania w pojedynkę, introwertykiem będąc, które wymagają więcej researchu i planowania. Jak to zrobić, żeby zawsze mieć miejsce dla siebie? Nie zawsze stać mnie na osobny pokój w hotelu – na przykład w takim mieście jak Paryż muszę się zadowolić hostelem. Ale przy odrobinie wysiłku zwykle da się znaleźć hostel, który zapewnia namiastkę prywatności – choćby poprzez zasłonki przy łóżkach, które naprawdę robią różnicę, kiedy trzeba spać w wieloosobowej sali. Trochę więcej zachodu wymaga szukanie gospodarzy na Helpx – poza dogrywaniem terminów i warunków pracy, sprawdzam, jakie zakwaterowanie oferują – i choćby wszytko inne bardzo mi odpowiadało, ale spać bym miała we wspólnym pokoju z pięciorgiem innych wolontariuszy, to raczej się na to nie piszę. Znam siebie, wiem, że byłabym wyczerpana po dwóch dniach. No i, oczywiście, szerokim łukiem omijam ogłoszenia, które zaczynają się od słów: ,,czy jesteś pełną entuzjazmu osobą, która uwielbia poznawać nowych ludzi i chce być częścią naszego energicznego zespołu? " Brrr. Proszę, nie...


Uwielbiam myśleć o introwertyzmie jak o szczególnym darze, z którego wyrastają wszystkie najsilniejsze aspekty mojej osobowości: pracowitość, kreatywność, wytrwałość, systematyczność. Aby je kultywować, muszę zapewnić własnej introwersji wszystko, czego potrzebuje – tyle czasu dla siebie i świętego spokoju, ile tylko zapragnie. To moja gleba, z niej wyrastają moje najmocniejsze drzewa. Jeśli sama o nią nie zadbam, to przecież nie zadba o nią nikt inny; nie w świecie, który faworyzuje ekstrawertyzm i uparcie wmawia introwertykom, że coś z nimi musi być nie tak. Więc dbam o nią, dbam o nią czule – wszystko jedno w podróży czy nie.


Lubię też przypominać samej sobie, jak wiele wygrałam już na starcie. Samodzielność. Równowagę. Wewnętrzny spokój. To nie są rzeczy, których musiałam się nauczyć. Zawsze je miałam.


I jeszcze to niedowierzanie w oczach ekstrawertyków, kiedy pytają: ,,tak sama podróżujesz? Nie smutno ci? Ja bym tak nie mógł...". I wtedy jest zachwyt i euforia – to przecież ja mam lepiej! Bo ja mogę! Ja nawet nie widzę progu zwalniającego tam, gdzie ty widzisz przeszkodę nie do przeskoczenia, nieszczęsny ekstrawertyku!


P.S. Najświeższe wiadomości z Paryża:


Po pierwsze:


Po drugie:



©2019 by Przed siebie. Proudly created with Wix.com