• Dominika

Do Francji!

Na lotnisku Alicante o pierwszej w nocy nie ma ani kawy ani internetu. Nie wiem, jak dalej żyć. Mam całe trzy godziny do odprawy, bo Den tylko o takiej nieludzkiej porze mógł mnie tu dotransportować, żeby nie zarwać przy okazji całej nocy. Zamierzałam przetrwać te trzy godziny przy pomocy Netflixa i kofeiny, a teraz cały mój plan wziął w łeb. Podobno rozsądni ludzie ściągają sobie filmy z internetu przed podróżą. Co za szkoda, że się do nich nie zaliczam.

Siedzę i czytam, ale oczka mi się zamykają. Zauważam człowieka z laptopem. Siadam obok niego ze swoim. Internet jest, jak się okazuje, trzeba było tylko usiąść gdzie indziej. Kawy ciągle nie ma, nawet jak się usiądzie gdzie indziej.

Z tego wszystkiego dopiero na pokładzie samolotu przypomina mi się, jak bardzo jestem podekscytowana. Francja! Potężna, elegancka i dystyngowana! Ojczyzna Sartre'a i Simone de Beauvoir. Edith Piaf, Robespierre'a i Trzech Muszkieterów. Francja, gdzie wszyscy mówią po francusku! To będzie jak gigantyczny kurs językowy! Ser! Bagietki! Rewolucja!

Dziewiąta rano. Paryż.

Byłam tu wcześniej tylko raz, jakieś piętnaście lat temu. To był absolutnie dziki wyjazd. Niezapomniany, ale dziki. Ja plus dwie koleżanki, autostop, wielkie marzenia i kompletny brak kasy. Biegałyśmy wtedy po tym Paryżu jak nienormalne, żeby zobaczyć wszystko, wszystko, jak najwięcej, jak najszybciej, zanim wszystko się skończy, zanim nam cały Paryż zniknie.

Tym razem nie będę się tak wygłupiać. Jestem tu tylko na jeden dzień, ale przecież wrócę, zamierzam trochę w tej Francji pobyć, więc raczej mi cały Paryż tak szybko nie zniknie. Czekinuję się w hotelu, zostawiam bagaż, biorę prysznic i idę spacerować po okolicy. Moulin Rouge jest tuż za rogiem, trzy minuty spacerkiem od hotelu. Kupuję sobie bagietkę i kawę, siadam na ławce i zaczynam obserwować portiera. Nie ma łatwego życia, biedaczek. Średnio co czwarty przechodzień to turysta, który chce mieć zdjęcie z portierem w drzwiach Moulin Rouge. Więc facet głównie stoi i cierpliwie uśmiecha się do zdjęć. Na jego miejscu rzuciłabym tę robotę.

Według mapy jestem w dziewiątej dzielnicy. Galeria Lafayette, Opera Garniera i Plac Pigalle. Kasztanów na Placu Pigalle nie stwierdza się, ale za to chwilę później trafiam na jarmark świąteczny i tam już są. Konsumuję. Smak, którego nie umiem z niczym porównać. Coś jak ciastowate i lekko ziemiste orzechy?

Docieram aż do ogrodów Tuileries; może o tej porze roku nie są najbardziej spektakularne, ale i tak całkiem przyjemnie się spaceruje. Ludzi tłum. Obok francuskiego słyszę angielski, hiszpański i chiński, więc jakby ktoś zastanawiał się, czy w listopadzie w Paryżu jest dużo zagranicznych turystów, to odpowiedź brzmi – owszem, tak.

W okolicach Place de la Concorde znów robię się głodna, więc wracam na jarmark świąteczny na zupę cebulową. Trzy razy taniej niż w restauracji, a zawsze to tradycyjna francuska potrawa, którą wprawdzie trzeba zjeść na stojąco i plastikową łyżką, ale podróżnicy budżetowi nie zwracają przecież uwagi na takie drobne niedogodności.

Dopiero najedzona i rozgrzana zupą, zaczynam odczuwać zmęczenie. Dawno jakoś nie spałam. Wracam do hotelu na – jak mi się wydaje – krótką drzemkę.

Budzę się 12 godzin później.



©2019 by Przed siebie. Proudly created with Wix.com