• Dominika

Dalsza podróż i spotkanie z psem wielkości cielęcia

Aktualizacja: 22 gru 2019

W sumie powitałam fakt utknięcia w Tuluzie z pewną ulgą. Przez całą podróż czekałam na jakieś niepowodzenie, które w moich wyobrażeniach urosło do rozmiarów katastrofy kolejowej albo ataku terrorystów. W porównaniu z takim scenariuszem utknięcie w Tuluzie to tylko drobna niedogodność.


Chętnie napisałabym coś o Tuluzie, ale niestety nie wiem o niej nic poza tym, że na dworcu kolejowym jest dobre wifi i że ktoś rozkopał plac przed dworcem. Moje działania w stolicy Oksytanii ograniczyły się bowiem do tego, że zabukowałam pierwszy z brzegu hotel i poszłam spać. Nie wątpię jednak, że to piękne miasto. Przynajmniej tak słyszałam. Nie potwierdzam i nie zaprzeczam.

Rano schodzę do kantyny i zjadam śniadanie w ciemnościach, bo nie udaje mi się znaleźć włącznika światła. Jest szósta zero sześć, nikogo tu jeszcze nie ma o tej porze. Macam na oślep w poszukiwaniu pożywienia. Znajduję coś, co kształtem przypomina banana i wkładam palec w coś, co konsystencją przypomina dżem. Maszyna do kawy ma podświetlone guziki, więc jest trochę łatwiej.


O szóstej czterdzieści pięć jestem z powrotem na dworcu. Pociąg niby już czeka. Siedzą w nim nawet jacyś ludzie. Wszystko wygląda przyzwoicie, ale i tak nie dowierzam, wsiadam bardzo nieufnie. Zaczynam podejrzliwie obserwować konduktorkę. Zastanawiam się, czy coś knuje. Zamierza tu zostać, czy może za chwilę wyciągnie zza pazuchy flagę i pobiegnie z nią na barykady? Z nimi to nigdy nic nie wiadomo...


Pociąg rusza, o dziwo. W duszy przepraszam konduktorkę za swoją nieufność, zdejmuję w końcu plecak i rozsiadam się wygodnie w fotelu. Francuskie pociągi są bardzo porządne, swoją drogą i w normalnych warunkach na pewno świetnie się nimi podróżuje. Ja w ogóle szalenie lubię jeździć pociągami, bo nie trzeba siedzieć na baczność, można chodzić po wagonach no i nie ma tego nieprzyjemnego momentu oderwania rozpędzonej maszyny od ziemi (nawet w TGV go nie ma!).


Zatopiona w rozważaniach o wyższości pociągów nad innymi środkami transportu, nie zauważam nawet, kiedy mija półtorej godziny. Panie i panowie, dotarłam do celu!

Ten cel to miasteczko Laguepie w Oksytanii. Czeka tu na mnie Nathalie, której mam przez kilka dni przypilnować inwentarza. Nathalie wyjeżdża z córką na wakacje i nie za bardzo może zabrać ze sobą psa, cztery koty, trzy papugi, dwa króliki i dwie kury. Syna mogłaby w sumie zabrać, ale ten nie jest specjalnie zainteresowany, ponieważ ma dziewiętnaście lat i woli leżeć na stercie brudnych ciuchów i grać w gry albo chodzić do znajomych i u nich leżeć na stercie brudnych ciuchów i grać w gry. Więc syn też zostaje, ale mam się nim w ogóle nie przejmować, bo ponoć sam umie zdobywać pożywienie (chociaż nie wygląda). Moim zadaniem jest zająć się całą resztą fauny i flory.


Najokazalszy egzemplarz inwentarza wabi się Nuar i jest cudownym dogiem niemieckim o rozmiarach, tak plus minus, cielęcia. Zakochujemy się w sobie nawzajem od pierwszego wejrzenia. Nuar radośnie obślinia mi twarz oraz wierzchnią warstwę odzieży, po czym siada mi na stopach całym swoim pięćdziesięciokilogramowym ciężarem i domaga się pieszczot. Jest urocza w tej swojej dziecięcej ufności, która w połączeniu z nieświadomością własnej siły daje komiczny efekt. Chyba jej się wydaje, że jest jeszcze szczeniakiem. Kompletnie nie kuma, że jednym pacnięciem potężnej łapy może kogoś zrzucić z krzesła.


Koty żyją z nią trochę jak ze współlokatorką, która czasem przez pomyłkę powyjada im karmę z misek, ale poza tym jest raczej nieszkodliwa. Nie przeszkadzają sobie nawzajem, ale też nie wchodzą w bliższe relacje. Czasem skiną sobie głową albo poobwąchują się nawzajem, ale bez większego entuzjazmu. O wiele większe zainteresowanie Nuar okazuje królikom i kurom. Nie wiadomo do końca, jakie ma wobec nich zamiary, bo nie wolno jej wchodzić do ich zagrody, więc spędza sporo czasu biegając dookoła i mrucząc coś pod nosem. Czy są to śmiertelne groźby czy propozycje zawarcia przyjaźni – pytanie jak na razie pozostaje otwarte. Przypuszcza się, że obie te opcje mogłyby skończyć się tak samo tragicznie dla mieszkańców zagrody. Kura raczej nie przeżyłaby przyjaznego pacnięcia łapą. Królik może by i przeżył, ale z poważnymi obrażeniami i traumą na resztę życia.


Po południu Nathalie zabiera mnie i Nuar na spacer po okolicznych pagórkach. Przestrzeni wokół jest mnóstwo, cielątko ma gdzie biegać. Nathalie mieszka w maleńkiej osadzie kilka kilometrów od miasteczka, w miejscu – jak sama mówi – doskonałym dla zwierząt i dzieci, ale niekoniecznie dla nastolatków w fazie burzy i naporu. Ma, zdaje się, sporo problemów z obydwojgiem dzieciaków, ale słucham tego tylko jednym uchem, bo o wiele bardziej interesują mnie poczynania Nuar, która właśnie wytarzała się w błocie, żeby potem ruszyć całym swoim ubłoconym cielskiem prosto na nas. Czuję, że będzie wesoło.



©2019 by Przed siebie. Proudly created with Wix.com